autorem artykułu jest Andrzej Graca
***
Ponoć z uwagą słuchamy kogoś przez pierwszych piętnaście minut, potem nasza uwaga jest rozproszona. Mózg jest wtedy przeciążony. Nie potrafimy się skupić. A jak „mówca” przynudza, nie przerywa własnego wystąpienia w odpowiednim momencie czymś zabawnym, to wszyscy „śpią” i „modlą” się o rychłe zakończenie wykładu. A nie daj Boże, dla prowadzącego wykład, „błagają” o jakąś katastrofę, która zmiecie owego „nieszczęśnika” z powierzchni Ziemi, kończąc jego mizerny żywot na tym padole łez raz na zawsze.
Siedzieć na nudnym wykładzie, odczycie, czy spotkaniu przez dobrych parę godzin wymaga od jego uczestników nie lada odporności psychicznej. Zwłaszcza, jak takie „spotkanie” odbywa się wczesnym rankiem. Gdy „wystąpienie” jest nudnawe, człowieka słuchającego tegoż „wystąpienia” ogarniają krwiożercze myśli. Taki „wykładowca” uosabia najgorsze cechy rodzaju ludzkiego. Widzimy w nim „oprawcę”, który „pastwi się” nad nami, wykorzystując chwilową przewagę – on nas może w przyszłości oceniać, on dysponuje (teoretycznie) większą wiedzą, niż my. Bombardowani „- izmami” zastanawiamy się: „co ja, kurczę, tutaj robię?”, „dlaczego nie jestem na piwie w jakiejś knajpie?”, albo „będziesz tak dalej truł, kolego, to porysuję ci lakier na samochodzie”.
Czytaj dalej »

