Z cyklu „Ż jak życie” - wszyscy urodziliśmy się mięczakami
Autorem artykułu jest Ewelina Poleszak
Rzecz jest poważna! Właśnie zdałam sobie sprawę z mojego pierwszego wyczynu życiowego. Powody do zachwytu są, ale oryginalna jednak nie byłam. Za to na pewno obślizgła i czerwona. Rodzisz się i już na wstępie Twojej historii wszyscy wokoło wymagają od Ciebie płaczu. Mało tego! Są z Ciebie dumni, że „drzesz mordę wniebogłosy”.
Życie to jednak dziwne jest… najpierw Cię do tego zmuszają, a potem mówią, że tylko mięczaki płaczą. Jedno tylko pocieszające - wszyscy urodziliśmy się mięczakami.
Teraz z dumą mogę oznajmić „byłam mięczakiem, ale z tego wyrosłam”. Ba! Nie skłamie nawet mówiąc, że przez 9 miesięcy żyłam w warunkach tropikalnych. Wilgotno, ciepło, pokarmu też nie brakowało, z czasem jednak terytorium zrobiło się zbyt ciasne i trzeba było się ewakuować. Wyjście ewakuacyjne ciut przy małe, ale dla chcącego nic trudnego. W pocie czoła (zarówno mojej mamy jak i tych z niecierpliwością mnie oczekujących) pokonywałam trasę z brzucha wielkiego do świata jakiegoś. Istny kosmos, meksyk, czy po prostu szaleństwo. Cóż … zostałam powołana by żyć. Wyszłam na świat o 18:30. Jak widać od zawsze byłam punktualna… jeśli chodzi o programy rozrywkowe. Dali mi 10 pkt w skali Apgara, własny inkubator i numer. Rzec można niezły wypas na starcie. Ledwo się zaklimatyzowałam i już mi te dary odebrali. Zapowiadało się całkiem ciekawie…


